A może po prostu giwenchy*? Wymowa nazwisk projektantów kiedyś przypominał bieg z przeszkodami. Nieme ‘h’, zły akcent świadczący o nieznajomości pochodzenia marki – błąd kończył się często towarzyską kompromitacją. Oczywiście w niektórych kręgach. Do dziś pamiętam scenę z filmu Paula Verhoevena (werhowena), którego bohaterka, prowincjuszka o tandetnym guście mówiła „wersejs” zamiast „wersacze” (czyli: Versace). Lub, w ostateczności, „wersaczi”. Inny przykład to serial „Friends”, gdzie Rachel tłumaczy szefowi sali, że jest umówiona na lunch z pracownikiem firmy Gucci (guczi): „Pisze się jak ‘Gucky’, ale wymawia ‘Gucci’ ”. Sama najadłam się sporo wstydu mówiąc w Paryżu o firmie „erme”, mając na myśli oczywiście „Hermes” (ermes). Przypomniało mi się to w trakcie oglądania telewizji śniadaniowej – stylistka pokazywała w programie najmodniejsze torby sezonu, w tym tę inspirowaną the birking bag „hermesa”. Oczywiście jest to polska, a więc w naszym kraju prawidłowa, wymowa. Swoją drogą nie bardzo rozumiem sens noszenia torebki tak podobnej do oryginału, ale jakościowo sytuującej się gdzieś na poziomie bazaru na dawnym Stadionie Dziesięciolecia, gdzie zresztą można było spotkać wyroby Versache, Dolce & Gabana i inne potworki. Nie tylko lingwistyczne. Dziś, w czasach Wikipedii i Google Translate, prawidłowa wymowa to betka. W tym pierwszym źródle sprawdzamy kraj pochodzenia marki (lub jej założyciela), a następnie ustawiamy odpowiedni język w tłumaczu i korzystamy z opcji „słuchaj”. Wprawdzie głos z komputera jest daleki od ideału, ale daje doskonałe pojęcie, jak dane słowo powinno brzmieć. Zawsze można się też odwołać do wyższej instancji, czyli YouTube. Wyrok? Proszę słuchać.
Poza drobiazgami (mój szkolny francuski podpowiada mi, że mówi się jednak ‘balmą’, a Google Translate, że w nazwisku ‘watanabe’ na końcu nie ma ‘i’, a Wikipedia dodaje, iż Carolina Herrara nie jest z pochodzenia Włoszką tylko Argentynką) filmik przekazuje przydatne informacje: do Givenchy jeździ się samochodem z kierowcą, więc to droga marka, a ludzie zakochani w modzie są lekko narcystyczni. Jedyna naprawdę irytująca rzecz to podział ról: Connie jest zagubioną dziewczyną, którą chłopiec musi nauczyć, jak to i owo należy wymawiać. Może zazdrości jej, że ma takie długie włosy? Jest na to rada – odżywki Vidala Sassoona** oraz… cierpliwość.
Jako pierwsi inwazji na dzielnicę luksusu w Los Angeles dokonali przybysze z Minesotty: Brenda, Brandon, Cindy oraz Jim Walsh. Od 1990 roku mieszkali w willi w „Beverly Hills 90210”, tworząc popkulturowy fenomen. Bajecznie bogaci tubylcy pokazywali im, czym są elitarne rozrywki, codzienne zakupy w drogich butikach, a przyjezdni odwdzięczali się rodzinną atmosferą, pokazywali różnicę między właściwym i niewłaściwym. Tyle legenda. Producenci stacji CW (emituje ona seriale dla młodzieży jak „One Tree Hill” czyli „Pogodę na miłość”, „Plotkarę”, „Supernatural – nie z tej ziemi” i „Miasteczko Smallville”), postanowili ją wskrzesić 3 lata temu. Trochę na fali mody na lata 90., trochę na fali sukcesu „Plotkary”, której bohaterami też są obrzydliwie bogate nastolatki, tyle że z Nowego Jorku. W posiadanie prestiżowego kodu na 90 w 2008 roku weszła rodzina Wilsonów z Kansas. Tak samo jak Walshowie naiwna, przywiązana do tradycyjnych wartości, za to wiele od nich piękniejsza i lepiej ubrana (Cindy wygląda przy Debbie jak sprzątaczka z Europy Wschodniej).
(Wilsonowie: Annie, Debbie i Dixon. Tata Harry nie załapał się na to zdjęcie)
W liceum West Beverly Annie i Dixon poznają rozpuszczone dzieciaki: jest tu bogata panna dziedziczka, syn nadzianych emigrantów z Dalekiego Wschodu, początkująca aktorka uzależniona od narkotyków. Wszystko jest piękne – nawet choroba psychiczna, nastoletnia ciąża i nieumyślnie spowodowane morderstwo – bo ważniejsze od bohaterów i ich dramatów są ciuchy, jakie mają na sobie. Z jednej strony to dobrze, ponieważ współczesne trendy są znacznie ciekawsze i przyjazne dla oka widza niż koszmarnie przyduże marynarki z początku lat 90, czy pogrubiające dżinsy. Z drugiej jednak oglądając „90210” miałam wrażenie, że stylistka jest tu ważniejsza niż scenarzysta i reżyser razem wzięci. Serial jest zdumiewającą mieszanką estetyki programów MTV oraz „Plotkary”, a fabularnie jest telewizyjnym odpowiednikiem pism typu „Glamour”, „Vogue” i „Allure”, oczywiście stopionych w jedno. Nie powinno to jednak dziwić, w końcu dla dzisiejszych nastolatków wychowanych na Google i Facebooku ciągłość narracji i historia stała się nieważna. Istotna jest zmiana: kolorów, plenerów, życiowych dramatów, podawanych w lekkiej, lapidarnej formie. Nawet tytuł jest krótszy. Zniknęło Beverly Hills, zostały same cyferki.
Szczególnie jeśli jest w kratę. Rozsiane po wieszakach sieciówke a także butików projektantów jak choćby Isabel Marant, zwiastują powrót mody grunge. Samo słowo oznacza bród, niechlujstwo. Pod koniec lat 80., a głównie na początku lat 90., styl grunge był oznaką buntu. Przeciwko rozbuchanej konspumcji poprzedniej dekady, kultury japiszonów, sztuczności i przerysowania. Rasowi grunge’owcy olewali masowość, karierę w korporacji i master plany na życie. Grali swoją alternatywną muzykę siedząc w niechlujnie zapiętych koszulach (najchętniej kupionych w sklepach z tanią odzieżą), wąskich dżinsach i trampkach. Albo ciężkich buciorach sygnowanych przez doktora Martensa. Do tego lekko potargane, a nawet przetłuszczone włosy. Dziś z tego pozostał sam znak, bunt w ramach wyznaczonych przez działy marketingów firm odzieżowych i „Smells like Teen Spirit” w iPodzie.
Spacerując po pasażu Wiecha, natknęłam się na dziwne jajo. Po dokładnej inspekcji okazało się, że ma ono cztery przyciski i tyle samo okienek rozmieszczonych na różnych wysokościach plastikowej skorupki. W środku są idylliczne obrazki: jezioro, chata, łąka. Po naciśnięciu guzika słychać śpiew ptaków, a wewnętrzny krajobraz zmienia się – pojawia się ekologiczny wiatrak. Czyli pewnie mamy tu do czynienia z jakąś dziwną akcją pro-środowiskową, zachęcającą do zwracania uwagi na naturalne źródła energii, segregowanie śmieci, picie sojowego mleka i tak dalej, choć z drugiej strony plastikowe opakowanie sielanki wzbudza podejrzenia. Swoją drogą od dłuższego czasu przyglądam się sprawie rzekomej ekologiczności różnych przedmiotów od ubrań przez notesy, a na torbach kończąc. Nawet jeśli wiadomo, że coś pochodzi z przyjaznych środowisku upraw, zostało zakupione na zasadach uczciwego handlu, mogło być wybielane chemicznie, składane przez chińskie dzieci itd. Nie wiem, czy możliwe jest stworzenie w stu procentach ekologicznego produktu, nawet babuleńka na targu w Zalesiu sprzedaje jajka oznaczone cyferką 3, czyli chowane w klatkach. Google rozwiał moje rojenia na temat plastikowego jajka: jest to zwiastun kampanii reklamowej zorganizowany przez instytucję finansową o jakże adekwatnej nazwie – Bank Ochrony Środowiska. No cóż, dzisiejszych czasach kto gugluje, nie błądzi, co najwyżej pozbywa się złudzeń.
Jest milion sposobów na walkę z pierwszymi objawami jesiennej depresji. Dziś do niezawodnej latte z syropem piernikowym, makaronu pod każdą postacią, odcinków „Przyjaciół” i świecy o zapachu drzewa sandałowego dorzucam perfumy w sztyfcie Les Garconnes (czyli – Chłopczyce) firmy Crazylibellule and the Poppies.
Zalet jest mnóstwo, perfumy można zawsze mieć przy sobie, nie rozleją się w torebce, nadają się do użycia w każdych okolicznościach, nawet w trakcie nerwowego omijania kałuż, stresującego lotu samolotem, mają zapach na tyle delikatny, że nie przeszkadzają osobom towarzyszącym, a przede wszystkim dobrze się kojarzą. Inspiracją były intrygujące chłopczyce, czyli silne osobowości lat 20. Zapach „Hommage a Gabrielle” powstał na cześć Coco Chanel, „Joséphine Jonquille” – madmoiselle Baker, „Tamara Charleston” Tamary Łempickiej. Jak pachną? Kwiatami (jaśminem, peonią, żonkilem, liliami), czekoladą, skórą, cedrem, kadzidłami.
Na wstępie ostrzegam czytelników, którzy nie mają ukończonych 18 lat, że powinni opuścić tę stronę, ponieważ niniejszy wpis zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla czytelników dorosłych. Ostatnio zastanwiałam się na związkami mody z alkoholem. I nie chodzi mi tu o błyskające za kulisami pokazów kieliszki szampana. Czy można wykreować zainteresowanie konkretnym trunkiem, wpisać go w knajpiano-barowe trendy? Jak najbardziej, o czym przekonałam się w zeszłym tygodniu w barze Panorama na 40 piętrze stołecznego Mariotta. Miejsce jest tu oczywiście nieprzypadkowe, ma się kojarzyć z high-lifem oraz poszerzaniem horyzontów i percepcji. Koniaku. I to nie byle jakiego, bo Hennessy, który należy do jednego najbardziej luksusowych koncernów świata – LVMH. Z czym się kojarzy ten alkohol? Z dymem z cygar, eleganckimi dżentelmenami w marynarkach Armaniego, Zegny lub Dior Homme, którzy popijają koniak z kieliszków na niskiej nóżce… Czyli jest luksusowy, niedostępny, wyrafinowany, na specjalne okazje. W marketingu ten zbiór cech nazywa się osobowością marki lub wizerunkiem tejże. Niestety przy takim charakterze, trudno liczyć na to, że koniak zdobędzie dużo nowych przyjaciół, niekoniecznie snobistycznych i bardzo bogatych. Chyba że zmieni się skojarzenia, jakie wywołuje i z kogoś niedostępnego, zdystansowanego, zmieni się w żywiołowego, przystępnego i atrakcyjnego. choć wciąż zamożnego . W tym przypadku zamiast godzin u psychoanalityka, osobistego trenera i dietetyka potrzebny jest kruszony lód, sok z limonki, liście mięty, brązowy cukier i woda gazowana. Hennessy dostaje zastrzyk z barowych trendów, a my mojito na bazie koniaku. Swoją drogą kubański drink, który tradycyjnie przyrządza się w rumu ma też swoją plebejską wersję – ze Spritem i wódką.
Jak smakuje koniakojito? Nienajgorzej, choć cały czas miałam wrażenie, że w powietrzu czuć zapach cygar. Może to była tylko kwestia wysokości, albo znak, że psychoterapia marki potrwa.
Buszując po sieci i próbując znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego kolor „camel” (odcień beżu) ma być hitem jesieni (nie jest przecież specjalnie korzystny dla większości karnacji i się łatwo brudzi), trafiłam na zachwycający film reklamowy. W roli głównej modelka Eva Herzigova i aktor/muzyk/reżyser/artysta Vincent Gallo. Klip promuje wiosenno-letnią kolekcję H&M 2009. Surrealistyczny z niepokojącą piosenką „Libertango” dawno temu nagraną przez Grace Jones, tu w wykonaniu La Camilli, byłej wokalistki Army of Lovers.
H&M już wcześniej pokazywał intrygujące filmy, jak ten gwiazdkowy z 2008 roku.
Jak się okazuje standardowy temat „ładna pani w pięknych ubraniach” można ciekawie rozegrać.
Jestem fanką ulicznego podglądactwa. Nawet najoryginalniej wystylizowane pokazy mody i sesje nie są w połowie tak fascynujące jak przejście się Marszałkowską koło 17. Ubranie wreszcie umieszczone jest w szerszym kontekście, nie jest idealnie dopasowane do sylwetki, rusza się, przekręca i wyraża coś więcej niż fantazję stylistek. Niestety jest jeden minus – sesję można oglądać w dowolnym momencie i dowolnie długo, na ulicy jest na to kilka sekund. Połączeniem jednego i drugiego jest śledzenie blogów modowych z Sartorialistem na czele. Piękne zdjęcia, ciekawi ludzie, egzotyka Brazylii, wielkomiejskość Paryża, NYC itd. sycą i zaspokajają część instynktów podglądaczych. W trakcie wirtualnych poszukiwań trafiłam na polski odpowiednik tego bloga, the whole hole.
Może jest mniej światowy, ale prowadzący go chłopcy mają świetne oko. Najbardziej zachwyciło mnie zdjęcie babci w berecie, odczarowujący mit, że moda jest ciekawa tylko wtedy, gdy oznacza prezentację ładnych rzeczy na ładnych ludziach.
Marzy mi się znalezienie bloggerów, którzy idą jeszcze dalej: pokazują inne rodzaje urody, piękna, stylu. Młodość, gładkość i szpilki Louboutina są oryginalne i fascynujące jak beza i połączenie coli light z cytryną.
Dodatek w sam raz na nudne przyjęcia. Jeśli pojawienie się człowieka z kośćmi u szyi go nie ożywi, to lepiej dzwonić po taksówkę. Ewentualnie można na chwilę rozmontować muszkę i zagrać w pokera.
Zaskakujące, barwne, czasem trochę szokujące – takie są nie tylko filmy na festiwalu Era Nowe Horyzonty, ale i stroje widzów. Do dziś pamiętam dziewczynę z różowymi dredami, na którą wpadałam 8 lat temu, gdy impreza odbywała się w Cieszynie. Albo tę sprzed czterech lat, już z Wrocławia – miała na sobie niesamowitą kombinację czerwonej bluzki z żabotem, spódnicą i torbą. Tegoroczny festiwal może nie jest aż tak rozbuchany, ale udało mi się wyłowić z tłumu i sfotografować na pół rozbitym iPhonem. Czyli surowo i z zaskoczenia.
Ewa, pracuje przy festiwalu, kino Helios sala 7. Świetny kapelusz, wzory na sukience.
Ewelina, tancerka i performeka, ma na sobie sukienkę Pringles of Scotlant. Klub festiwalowy Arsenał
Anonimowa dziewczyna spotkana przed kinem Helios. Spodnie z podniesioną talią, boy-friend belt, czeszki, męska koszula i mocny akcent w postaci czerwonej torby.
Ula. Gonitwa czarnego z białym, czyli dwukolorowe rajstopy, płaszczyk i czarna miniówka. Klub festiwalowy Arsenał
Daria, ostre wzory połączone z mocną miętą. Ulica przed Heliosem.
Kasia łączy ostry szafir i czerwień. Wszystko tu pasuje, nawet kolor festiwalowej smyczy.